niedziela, 16 października 2016

Wspomnienie z lat 1960 – 1975 r. – Pan Kustosz




Magister Stanisław Oczko był wieloletnim Kustoszem Muzeum na zamku książąt Sułkowskich w Bielsku Białej.
Stanisław Oczko
źródło: https://www.geni.com/people

Z Panem Kustoszem pracowałam 15 lat. W tym czasie  byłam główną księgową Urzędzie Miasta a konkretnie w Inspektoracie Oświaty i Wydziale Kultury. Do moich obowiązków należało głównie dysponowaniem  środkami finansowymi i rozliczanie podległych placówek.
Placówkami kultury  kierował wówczas pod względem merytorycznym mgr Jerzy Skarbowski, a kierował: Miejską Biblioteką Publiczną, Państwowym Liceum Sztuk Plastycznych, Szkołą Muzyczną, Domem Muzyki (dzisiejszy BCK) i paroma osiedlowymi domami kultury – w Lipniku, Olszówce Mikuszowicach, oraz Muzeum na Zamku.
Z Panem Kustoszem Muzeum miałam częsty kontakt – otrzymywał środki na administrację placówki oraz na zakupy eksponatów. Tych ostatnich zawsze było mu za mało. Przychodził. więc do mnie (nazywał mnie „Władzunia”).

Stanisław Oczko
źródło: http://www.babskiebielsko.pl/kultura/-sztuka-to-wolnosc-wyboru-o-stanislawie-oczko-w-bielskim-muzeum.html
Pamiętam doskonale jak wchodził do pokoju, stawał przy drzwiach i mówił: „Władzunia ja mam taką okazję kupić obraz czy jakiś eksponat, a pieniędzy nie mam, gdyby były jakieś nadwyżki w budżecie proszę o nas pamiętać’’. Zawsze starałam się w miarę możliwości pomóc. W zamian otrzymywałam na KAŻDE imieniny – Barbary – serdeczne życzenia, przeważnie przychodził sam, przynosił kwiaty - biały bez (nie wiem gdzie go zdobywał o tej porze roku). Kiedy nie mógł sam przyjść przysyłał swoją księgową p. Grażynę Wawrzecką zawsze z listem
i kwiatami. Życzenia przesłane mi w 1966 roku zawierają słowa „wszak polubiliśmy się przez dwa lata” To właśnie warto przekazać.
Więc w 1964 roku dotarł do mnie anonim, w którym  donoszono, że „pan Kustosz kupuje za środki finansowane z budżetu  zakupuje prywatnie dla siebie obrazy
i  różne eksponaty”. Spowodowałam kontrolę i okazało się, że od paru lat nie była przeprowadzona inwentaryzacja w muzeum. Sprawa oparła się o ówczesnego  Prezydenta miasta Pana Mędrzaka  i w obecności Kierownika kultury, Inspektora
i rewidenta Urzędu Skarbowego, Pan mgr Oczko otrzymał polecenie natychmiastowego sporządzenia inwentaryzacji.
Wtedy  w zamku znajdowała się główna placówka Biblioteki Miejskiej, oraz Państwowe Liceum Sztuk Plastycznych. Pamiętam, że Pan Oczko poprosił mnie do siebie, zaprowadził do piwnicy i pokazał ciasnotę, duże ilości poukładanych obrazów  a na pułkach różne eksponaty.
Zapytał: Jak  i gdzie się mogę rozłożyć z tymi rzeczami, skoro dwie inne placówki zajmują kilkanaście sal należących do zamku. Prosił o 2 lata zwłoki, aby mógł przeprowadzić inwentaryzację.
 Ja postarałam się  o przesunięcie terminu i sprawa zakończyła się pomyślnie.

Zaproszenie na wystawę poświęconą Panu Oczce w 2013r.,
źródło: http://www.kozy.vot.pl

czwartek, 13 października 2016

Wspomnienie o Aleksandrze Kunickim



Wpadła mi  przypadkowo w ręce Kronika Beskidzka a w niej artykuł o Panu Aleksandrze  Kunickim.
Przepracowałam w jako księgowa 57 lat w administracji Miasta Bielska-Białej. Moja powojenna historia zetknęła mnie kilkakrotnie z panem Kunickim.  

 Miałam 18 lat jak się skończyła wojna - zaczęłam szukać pracy. Tak pewnego dnia zgłosiła się do mnie starsza Pani - rozmawiała ze mną dosyć długo, w końcu dała mi wizytówkę (nie pamiętam nazwiska) i poleciła mnie ówczesnemu dyrektorowi Bielskiej Kolei Elektrycznej.
Tak 02. 05. 1946 roku zaczęłam pracę praktykantki w księgowości. Pracowałam tam 5 lat. W ciągu tego okresu BKE  przeszło pod zarząd Miasta. W tym czasie przewodniczącego Miejskiej Rady Narodowej Bielska Pana Jurzaka zastąpił  Pan Niedziółka. Zastępcą  Przewodniczącego był Pan Jan Grzbiela, a jego sekretarzem Pan Aleksaner Kunicki. Ja miałam obowiązek co tydzień zanosić raporty kasowe wraz z załącznikami do parafowania sekretarzowi. Oddawałam dokumenty Panu Kunickiemu, który podawał je Panu Grzbieli do parafowania. Czekając na odbiór dokumentów, siedziałam w pokoju z Panem Kunickim i rozmawialiśmy sobie o różnych sprawach.
Pracowałam w BKE  5 lat i po urodzeniu drugiego dziecka zwolniłam się (w tym czasie nie było jeszcze tzw. urlopów bezpłatnych wychowawczych). Po pół roku zaczęłam znowu szukać pracy. Przyszła  do mnie znajoma Pani  S. mówiąc, że jest posada księgowej w Miejskim Przedsiębiorstwie Remontowo-Budowlanym  przy ulicy  Kołłątaja 10. Miałam się zgłosić do kierownika administracyjnego, był to Pan Kunicki. Przedstawił mnie dyrektorowi Panu Smolanie – no i miałam znowu pracę. W tym czasie zapytał  mnie się „co się dzieje z Pani Ojcem – proszę go ode mnie pozdrowić”. Ojciec mój osiadł po wojnie w Krakowie, ja podczas któryś odwiedzin przekazałam mu pozdrowienie i zapytałam skąd zna Pana Kunickiego. Odpowiedział mi krótko  „rozpracowywaliśmy przed wojną takiego niemieckiego senatora  Rudolfa Wiesnera”.
Wtedy więcej nie chciał  o tym mówić ale  ja już wiedziałam, że jest osobą, która pomagała mi przez te wszystkie lata, pozostając często w cieniu a jedynie poprzez inne osoby docierały do mnie jego informacje i wskazówki.   Po trzech latach pracy i urodzeniu następnego dziecka  znowu musiałam na parę miesięcy opiekować się dziećmi. Po paru miesiącach zaczęłam szukać pracy ale tym razem już tylko na pół etatu. I znowu zawiadomił mnie, że w szkole im. St. Żeromskiego jest wolne  pół etatu dla księgowej. Zaczęłam pracę w okresie kiedy żegnał się ze szkołą Pan Giza i stanowisko objął dyrektor Mykietyn. I tak utknęłam w Bielsko-Bialskiej oświacie aż do emerytury.
Może moje wspomnienia o Panu Kunickim to mój sposób, aby podziękować  Mu za „opiekę” nade mną.


Zdjęcia A. Kunickiego pochodzą ze strony:
WARSZAWSKA KONSPIRACJA

wtorek, 11 października 2016

Wspomnienie o Leonie i Zofii Ohli



Dziadek Leon Ohli
Dnia 28 maja tego roku minęło 79 lat od śmierci mojego Dziadzia Leona Ohli. Gdy zmarł miał 63 lata, ja dziesięć. Warto wspomnieć to, co sama zapamiętałam oraz przekazy moich rodziców. 
Byłam najstarszą wnuczką i podobno najukochańszą. Mam z tego okresu książeczkę, którą otrzymałam od Dziadzia w Dniu Pierwszej Komunii Świętej z dedykacją „Kochanej Basi Dziadzio 16.05.l937r. oraz dwie kartki pocztowe wysłane do mnie z pozdrowieniami serdecznymi
z sanatorium w Iwoniczu. 
Tak to wtedy bywało, że w każdą niemal sobotę
i niedzielę zabierali mnie Dziadkowie do siebie, najpierw mieszkali przy ulicy Kolejowej u tzw. Vogta przy jego fabryce (było to około roku l933 pamiętam, bo wtedy tam zmarła Ciocia Dorcia- siostra Dziadka).
Wracając do pobytu u Dziadków, były to jak się dziś mówi „weekendy”. 
Wakacje we wsi Sól. Zofia Ohli
Bardzo lubiłam niedzielne spacery po mieście z Dziadkiem, opowiadał mi tyle ciekawych rzeczy o historii Białej, szczególnie utkwiły mi w pamięci spacery po dzisiejszym placu Wolności. I tak od hotelu pod „Orłem” dookoła, aż po  Sklep Tanewskiego. Potem zabierał mnie na ulicę Szkolną do cukierni Wrożyny na lody z bitą śmietaną. Czasami chodziliśmy z Dziadziem na boisko „Sokola”. W zimie była tam ślizgawka, ja jeździłam na łyżwach, tak się jeździło dookoła boiska z całą gromadą dzieci. Był tam barak drewniany, gdzie mieściła się kasa , bufet i magazyn na sprzęt sportowy oraz szatnie. Na ganku przed barakiem stawał Dziadzio coś zawsze popijał, po jakimś czasie wołał mnie na coś ciepłego, kupował mi wirstle gorące z kajzerką, gorącą herbatą no i na koniec coś słodkiego. 
Na spacerze z Dziadkiem i Bobusiem
W lecie natomiast oprócz zawodów sportowych odbywały się tam festyny, przyjeżdżał cyrk
i jakieś imprezy bywały. Bardzo lubiłam te wypady na „Sokola”. W Boże Ciało towarzyszył mi podczas procesji, bo ja „niosłam lilijkę”, a że był ogromny upal przynosił mi wodę „pij, bo zemdlejesz z tego gorąca” to pamiętam dokładnie- na drugi dzień rano zmarł nagle na zawal serca. Pogrzeb był ogromny, szło się przez całe miasto, jacyś oficjele, ze sztandarami, ja pierwsza za karawanem szłam samotnie – mam takie zdjęcie. 

Po śmierci Dziadka mój Ojciec przeprowadził Babunię - wdowę Zofię Ohlową - do naszego nowego domu przy ówczesnej ulicy Mickiewicza 905. 
Mieszkała na pierwszym piętrze w mieszkaniu,
w którym ja teraz mieszkam od 1960 roku. Mieszkała tutaj tylko l rok, bo do miasta musiała chodzić codziennie, a było to dość daleko prawie 2 km. Do tego w większości była polna zła droga, a zimą jak spadł śnieg to w ogóle ciężko było dostać się do miasta.
Z Babunią Zofią chodziłam w czasie „weekendów” z kolei w soboty na zakupy, trochę  żywności, ale więcej na „ciuchy”. Dzieliła się ze mną swoimi panieńskimi wspomnieniami i ciągle dużo mówiła. Ja nie wszystko rozumiałam, ale kiwałam głową, że wiem, co mówi. Natomiast bardzo lubiłam chodzić z Nią w odwiedziny do koleżanek i rodziny. 
Zofia Ohli z d. Smeły z synami Marianem i Alfredem i córką Stefanią

Była pani Falińska z przepysznymi ciasteczkami, były Panny Drủding. Mieszkały
w małym domku na rogu obecnie ulicy Szkolnej i Piłsudskiego. Takie tam było wszystko śmieszne. Wchodziło się po schodkach z kolumnami – mieszkanie mieściło się na wysokim parterze, pełno tam było fotografii, pamiątek serwetek
i portiery w każdych drzwiach. Panny Dr
ủding chodziły zawsze na czarno ubrane
i prawie jednakowo. Ale najbardziej ciekawie miały nakrycia głowy. Włosy wysoko upięte podtrzymywała je taka czarna tiulowa, ale sztywna falbanka. Bardzo mnie to śmieszyło, bo to wyglądało jak nastroszony kogut. Często rozmawiały po niemiecku z Babunią i patrzyły na mnie, do dziś wierzę, że Babunia mnie „obgadywała”, ale w sumie było ciekawie. Już po śmierci Dziadka, ale jeszcze przed wojną zabrała mnie dwa razy do Hałcnowa, pieszo do swojego brata Karola, który był organistą w tamtejszym kościele. Niewiele pamiętam, bo to była daleka droga, dla mnie to była katorga. Gdy dotarłyśmy na miejsce byłam tak padnięta po tym przydługim spacerze, że nie miałam ochoty na rozmowy i niewiele pamiętam z tego spotkania. 
Po wojnie jak Babunia była już w Krakowie u stryja Mariana, odwiedzałam Ją parę razy, bardzo chorowała - zmarła  w1956 roku i jest pochowana w Białej razem ze swoim mężem Leonem Ohli.
Leon Ohli




wtorek, 30 sierpnia 2016

BKE - wspomnienie o Bielskiej Kolei Elektrycznej



Dużo już napisano na temat bielskich tramwajów, moje wspomnienia dotyczą życia codziennego tamtejszej społeczności, pracowników, kolegów. Była to bardzo zgrana grupa pracowników tak umysłowych jak i fizycznych.
Bielska Kolej Elektryczna podlegała od końca wojny PKP. Dotyczyły jej takie same przepisy jak kolei: regulamin pracy zakładu i pracowników.
Dnia 4 maja 1946 roku zaczęłam pracę w BKE. Dyrektorem był w tym czasie pan Tadeusz Szklanny – inżynier – absolwent Politechniki Lwowskiej, który pracował przed wojną w COP-ie – Centralnym Ośrodku Przemysłowym.
Przyjechał do Bielska z  żoną i siedmioletnim synem. Miał około 34 lata. Był bardzo dobrze rozeznany w branży, rzeczowy sprawiedliwy, ale również jak trzeba bardzo rygorystyczny, a nawet srogi o czym miałam się przekonać
w mojej pracy.
Przyjmując mnie do pracy (miałam wówczas niespełna 19 lat) we wstępnej rozmowie wypytał mnie o wykształcenie, o to czy pracowałam już gdzieś
i jakie mam warunki domowe. Później okazało się, że innymi pracownikami
i ich problemami też się interesował. Na koniec rozmowy oświadczył mi, że przyjmuje mnie na okres próbny na  3 miesiące,  jako praktykantkę. Oznajmił, że wymaga ode mnie pracowitości, lojalności i punktualności,
o czym miałam się wnet przekonać w praktyce.
Skierował mnie do pracy do biura technicznego pod bezpośrednie kierownictwo głównego inżyniera  zakładu pana Henryka Czyża, który kierował warsztatami naprawczymi zajezdni tramwajowej i zajezdni autobusowej.
Przed wojną BKE  prowadziło też komunikację autobusową, autobusy linii podmiejskich najdalej kursowały do Cieszyna. Ambicją zakładu było wznowić linie autobusowe, ale niestety okupant zostawił w opłakanym stanie zdemolowany tabor autobusowy. Najwięcej pracy było w warsztacie,  skupiono się głównie na odbudowie starych wraków autobusów – tramwaje po lekkiej kosmetyce ruszyły jeszcze w 1945 roku.
Naprawami wozów i kosmetyką kierował Mistrz Franciszek Kołacz.  Miał on do pomocy dwóch ślusarzy (pierwszych PP-rowców, którzy kaperowali do PPR fizycznych pracowników, a  w późniejszym  czasie dość utrudniali pracę Dyrektorowi Szklanemu).
Była więc stolarnia, którą kierował Mistrz Jan Sobol wraz z trzema stolarzami, z których jednym był Władysław Rusin, z którym w późniejszym czasie zaprzyjaźniłam się. Była lakiernia kierowana przez jednego
z przedwojennych pracowników pana Karola Wolfa, była także kuźnia pod  silną ręką kowala – Józefa  Kurzaka oraz warsztat elektryczny, którym kierował Mistrz Antoni Cembala z pracownikami: Januszem Warchałem
i Józefem Węgrzynkiewiczem. Ich zadaniem była konserwacja trakcji tramwajowej, a później – w miarę odnawiania taboru - elektryki
w autobusach.
Główny budynek BKE popularnie nazywano „Centralą”. Mieściła się ona przy ulicy Partyzantów 64.
Na parterze obok przedsionka po prawej stronie mieściła się  portiernia czynna całą dobę, po lewej stronie był pokój  konduktorów, którzy rozliczali się z biletów i pieniędzy jakie uzyskali ze sprzedaży. Tu królowała pani Elżbieta Schauderna, która zapisywała numery niesprzedanych biletów
i odbierała pieniądze zainkasowane przez konduktorów.
Za wahadłowymi drzwiami za portiernią mieściło się  biuro techniczne pana Czyża i tutaj skierował mnie na początek praktyki Dyrektor Szklanny.
Na pierwszym piętrze był mały przedsionek z którego wchodziło się do sekretariatu – gdzie pracowała panna Wiesia, a obok po prawej stronie mieścił się gabinet pana Dyrektora. Po lewej strony sekretariatu były dwa małe pokoiki,  pierwszy należał do maszynistki, a w drugim mieściła się księgowość, gdzie pracował pan Franciszek Pająk, który w późniejszym czasie został moimi szefem. Miał 26 lat, studiował zaocznie w Katowicach ekonomię. Był osobą niepełnosprawną  po chorobie Heinego-Medina, pisał lewą ręką, ale przede wszystkim był bardzo dobrym fachowcem. Nauczył mnie wiele spraw związanych z księgowością, między innymi, jak księgować przez przebitkę na metalowej desce.
Po lewej stronie przed przedsionkiem  mieściła się kasa  główna, tutaj przekazywano pieniądze z utargów za bilety, dokonywano wypłat pracowników oraz wydawano gotówkę zaopatrzeniowcom na drobne zakupy – rola kasjerki przypadła pani Annie Falcmanowej. Była to osoba w średnim wieku, Warszawianka, która uciekła z dwojgiem dzieci, synem i córką po Powstaniu Warszawskim z Pruszkowa. Dyrektor bardzo jej pomagał zagospodarować się w Bielsku.
Moja praca w biurze technicznym polegała na sprawdzaniu list obecności i kart pracy pracowników wszystkich warsztatów.  Spacerowałam więc do kierowników warsztatów z papierkami, dyspozycjami od pana inżyniera itp. Szybko się zaaklimatyzowałam, robotnicy byli uprzejmi i mimo młodego wieku, szanowali mnie i nazywali „Panna Basia” i tak już zostało na zawsze, nawet kiedy wyszłam za mąż.


Pracownicy BKE, pierwsza z prawej - autorka.
Dzień rozpoczynał się o ósmej rano, pan Dyrektor od parteru zaczynał obchód wszystkich biur. Energicznie otwierał drzwi,  trzeba było już siedzieć przy biurku z papierami. Jak się guzdrałam z rozbieraniem,  mówił
„o godzinie ósmej zaczyna się pracę, a nie dopiero się przychodzi do pracy! ” W ciągu dnia też wpadał, czasem o coś zapytał i kontrolował co robią pracownicy.
Po dwóch miesiącach zostałam przeniesiona do pomocy maszynistki, a na moje miejsce przyszedł młody absolwent Szkoły Przemysłowej Stasiu Zontek, który oprócz wykonywania mojej dotychczasowej pracy rysował coś na desce kreślarskiej. Jako pomoc maszynistki nie zagrzałam  długo miejsca,  nie za bardzo mi to szło,  pisałam wolno, a że przedsiębiorstwo się rozrastało pan dyrektor  uznał, że praktyka się zakończyła i przeniósł mnie do pokoju obok, do księgowości do pana Pająka. I tak poznałam swój zawód księgowej
w którym pracowałam do czasu przejścia na emeryturę, a potem jako emerytka, pracowałam na pół etatu do 75 roku życia.

Przedsiębiorstwo się rozwijało, rozpoczęto przygotowania do budowy linii nr 2 biegnącej z  dworca kolejowego na Hulankę. Do tego przebudowa  zdewastowanych autobusów  szła pełną parą. Przez zajezdnię tramwajową przechodziło się do  dużego placu, przy którym mieściły się warsztaty: ślusarnia, kowal, stolarnia, magazyny i zaplecze gospodarcze.
Z tego placu wychodziło się (a później jak były autobusy – wyjeżdżało) na ulicę Batorego, przy której stal także należący do BKE budynek, tam mieściły się mieszkania, niektórych pracowników, jeszcze przedwojennych. Pani Schauderna, rewizor pan Wobruba - mieszkali na pierwszym i drugim piętrze, a na parterze urządził pan dyrektor stołówkę z zapleczem kuchennym dla pracowników. W tym czasie to było bardzo cenne i wielu pracowników z niej korzystało bo pracowano na dwie zmiany, motorniczowie i konduktorzy od 4:30 do 23:00 , a pracownicy warsztatów od 7:00 do l5:00, tylko pracownicy umysłowi od 8:00 do 15:00.
Personelu biurowego także przybywało. Pan Dyrektor zaczął najpierw ‘awansować’ spośród konduktorów i motorniczych. I tak panią Falcmanową przeniósł do sekretariatu, a do kasy posadził motorniczego Józefa Rozmusa, Rudolfa Dubiela przekwalifikował na kierownika ruchu, tramwajowego Stefana Motykę  zrobił głównym magazynierem, do prowadzenia kartoteki ilościowo-wartościowej posadził w magazynie Stanisława Mrowca, a Franciszka Przygodę przeniósł do księgowości do sporządzania list płac wszystkich pracowników pod wprawnym okiem głównego księgowego pana Pająka.
Przyjęto jeszcze do pomocy  w  księgowości Janinę Kościelną - moją rówieśniczkę.

Autorka (z prawej) z
Janiną Kościelną w biurze BKE


Zaopatrzeniowcem był Jerzy Krupa, któremu pomagał  motorniczy – Józef Obtułowicz nazwany „Stara Benzyna”- niezastąpiony w robieniu zakupów tak w mieście jak i poza jego terenem. Czego nie mógł załatwić zaopatrzeniowiec, to Stara Benzyna  załatwił. Przynosił jak spod ziemi potrzebne rzeczy,
a wtedy jeszcze nie było łatwo  zdobyć odpowiednie śrubki, kable, części do napraw tramwajów, budowy  nowych autobusów.
W sumie cały zespół pracowników umysłowych i fizycznych umysłowych był bardzo zgrany, nie pamiętam kłótni, awantur, niesnasek czy pijaństwa na terenie zakładu.
W 1947 roku zakończono remont, a właściwie budowę (cała karoseria była robiona na nowo na starym podwoziu) autobusu marki Bussing, była wielka radość całej załogi i otwarto pierwszą linię na trasie Bielsko – Cieszyn.
We wrześniu 1947  pan Dyrektor roku zorganizował wycieczkę pracowników do Warszawy – na „Miesiąc Odbudowy Stolicy”.
Do Warszawy pojechali pracownicy umysłowi i fizyczni, którzy w ten dzień nie mieli służby. Skontaktowano się z zakładem komunikacyjnym
w Warszawie gdzie przyjęto nas bardzo serdecznie.
Podziwiano kunszt odbudowanego jako pierwszego w Polsce powojennej autobusu. Zrobiono zdjęcie całej załogi oczywiście na tle Bussinga. Fotografia ukazała się na czołowej stronie Gazety Warszawskiej ze szczegółowym opisem pracy nad nim. Warszawę zwiedzaliśmy z przewodnikiem robiąc wiele zdjęć, które po powrocie otrzymał każdy uczestnik wycieczki.

Pracownicy BKE na tle autobusu Bussing, z aktówką w mundurze
– Józef Obtułowicz ‘Stara Benzyna’.

Po Bussingu odrestaurowano następny pojazd. Ze starej ciężarówki dobudowano karoserię, wóz nazywał się GSM i obsługiwał podmiejskie  osiedla: Straconkę, Bystrą, Aleksandrowice, Komorowice, Kozy.
Dyrektor dbał bardzo o swoją załogę, interesował się jak się wiedzie pracownikom umysłowym jak i fizycznym i pomagał jak to było konieczne. Troska o  cały personel objawiała się różnie. Dyrektor organizował (szczególnie dla młodzieży) imprezy, wyjazd do Bytomia, na opery, do Gliwic na operetki, do Krakowa na  zwiedzanie miasta, a na występach w Jamie Michalikowej. Byliśmy także na dwóch spektaklach w teatrze im. Juliusza Słowackiego. Do dzisiaj zachowałam kilka programów z tych występów.
W lecie organizowano  wyjazdy dla pracowników z rodzinami w plener – przeważnie nad wodę do Międzybrodzia, Wisły, Przyborowa. Jesienią wczesnym rankiem wyjeżdżaliśmy do Rycerki, Okrajnika i inne tereny leśne na grzybobrania. Zimą narciarze jechali do Szczyrku, Zwardonia.
Dyrektor organizował także dla chętnych bilety do bielskiego teatru, jak były jakieś ciekawe gościnne występy. Na wszystkie przedstawienia miejscowe
i gościnne bilety załatwiał oczywiście Stara Benzyna, nie było wiec nigdy kłopotu z wejściem na przedstawienia, które cieszyły się po wojnie ogromnym powodzeniem.
Ponieważ podlegaliśmy PKP – otrzymywaliśmy wszystkie przydziały jakie należały się kolejarzom: mundury, czapki, buty dla motorniczych
i konduktorów. Pracownicy umysłowi i robotnicy fizyczni otrzymywali, sukno na płaszcze, 3 metry na rok, ręczniki, paczki z UNRRA – z różnymi artykułami żywnościowymi  i – dla mnie najważniejsze - węgiel.
 Dyrektor starał się także często o dodatkowe artykuły, jakie były w tym powojennym okresie racjonowane na kartki, ale też często dodatkowe produkty.
Za budynkiem Centrali była elektrownia, a za nią w starym budynku pod numerem 72 był mały sklepik – wynajęty przez BKE – tutaj pracownicy bez kolejek mogli pobierać wszystkie przydziały - a można też było kupować wszystko co było na kartki, dla siebie i swojej rodziny, aby nie stać
w kolejkach na mieście. Jesienią, załatwiał gdzieś ziemniaki, kapustę cebulę i inne jarzyny na zimę, których można było zamówić dowolną ilość.
Zakład posiadał z demobilu wojskowego Willisa i nim rozwożono warzywa pracownikom do domu w ramach pomocowej akcji socjalnej.
Willis służył także dla przyjemności i kiedy przychodził okres Świętego Mikołaja pracownicy, którzy mieli dzieci, mogli zaprosić go do siebie,  bezpłatnie. Dyrekcja udostępniała samochód, a o resztę starał się Stara Benzyna. Zdobywał gdzieś cały ekwipunek Świętego: ornat, laskę, biskupie nakrycie głowy, był też diabeł z rózgą i anioł. Willis jeździł do domów pracowników i Stara Benzyna wręczał dzieciom przygotowane przez rodziców prezenty, a że gadkę miał niezłą, było bardzo wesoło.  Moje dzieci do dziś pamiętają te odwiedziny chociaż są  już dziś dziadkiem i babcią.
Do kiedy podlegaliśmy PKP wszyscy pracownicy otrzymywali zniżki kolejowe, płaciliśmy tylko 80 % wartości biletu. Zebrała się na paczka pięciu młodych
i zwiedzaliśmy Polskę. Warszawa, Kraków, byliśmy na pierwszych po wojnie targach poznańskich, Zakopane, Pieniny, Karkonosze...  Sobót wolnych nie było, ale braliśmy przy niedzieli dwa dni urlopu i w Polskę,  zachowały mi się zdjęcia i wspomnienia.


Pracownicy BKE w palmiarni, pierwsza z lewej - autorka.


Również za czasów PKP przyjeżdżali z głównej dyrekcji z Warszawy na inspekcję dwaj inżynierowie: panowie Winkler i Jóźwiak, którzy sprawdzali działalność zakładu, brali udział w projekcie budowy linii tramwajowej nr 2
i sporządzili projekt nowej linii tramwajowej na Dębowiec, której realizacja niestety nigdy nie doszła do skutku.
Trzeba mi teraz opisać pomoc jakiej mi udzielił Dyrektor Szklanny,
po wojennej zawierusze było mnie i mojej rodzinie bardzo ciężko, tym bardziej, że Ojciec nas opuścił. Matka została sama – chorowała na zanik mięśni, ja miałam 19 lat i dwie młodsze siostry w wieku 16 i 10 lat, była
z nami także 72 letnia Babcia. Żyłyśmy z Mamy renty i z wyprzedaży co zostało po powrocie z wysiedlenia.   
Kiedy zaczęłam pracować w BEK moja pensja była głównym źródłem utrzymania nas wszystkich.
Tak się złożyło, że w grudniu 1946 roku, byliśmy młodzi już zgraną paczką a, że nadszedł dzień 4 grudnia – imieniny Barbary, wybrali się do mnie do domu prawie wszyscy i sam pan Dyrektor Szklanny. Przyjechali wszyscy Willisem, znalazł się stary patefon i jakieś płyty, Mama przygotowała coś słodkiego, było bardzo wesoło.
Ale jak to pan Dyrektor zawsze był ciekawy wszystkiego, zlustrował wszystkie cztery pokoje i zauważył, że w jednym wisi duży dywan na ścianie. Musiałam mu opowiedzieć jak wróciliśmy w 1945 roku z wojennego wysiedlenia
i zastaliśmy duże weneckie okna bez szyb. Od sąsiadów wiedzieliśmy, że
w lutym i marcu po wkroczeniu wojsk, stacjonowali tutaj żołnierze sowieccy, którzy rozebrali drewniany płot i sztachetami palili w piecach, a przy opuszczeniu domu wybili wszystkie szyby. Po powrocie sąsiedzi pomogli  nam zaszklić całe mieszkanie, ale niestety tylko pojedynczymi szybami, zima przełomu roku 1945 – 1946 była sroga, ograniczyłyśmy się tylko do tego jednego pokoju i tak trzeba było zatkać jedno okno dywanem
i dogrzewałyśmy się resztkami płotu. W końcu uratował nas przydział węgla z BKE.
Na drugi dzień po imieninach wezwał mnie pan Dyrektor do siebie, polecił napisać dwa pisma:
- pierwsze - prośbę o pomoc przy oszkleniu całego mieszkania, przydzielił mi szyby za odpłatnością, ale robociznę otrzymałam za darmo w ramach pomocowej akcji socjalnej, radość w rodzinie była ogromna, bo mogłyśmy korzystać z całego mieszkania;
- drugie podanie skierowane było do Zarządu Miasta, aby uznano mnie za jedyną  żywicielkę Rodziny, co poświadczył sam pan Dyrektor, który też załatwił w urzędzie najważniejsze  formalności. Wiązało  się to z przydziałem kartek i wszystkich przysługujących już na 5 osób deputatów w ramach przydziałów PKP.
         I tak minął rok l947, l948 i nastał 1949. Naciski ze strony komuny były coraz mocniejsze. Dyrektor należał do Stronnictwa Demokratycznego, do którego zwerbował także paru pracowników umysłowych, ale niestety coraz gorsza była atmosfera. Pewnego dnia zniknęły wszystkie krzyże, które wisiały nad drzwiami pokoi i nie wiadomo było czyja to sprawka. Starzy pracownicy bezpartyjni bardzo się oburzali, ale  ponieważ zakład się stale powiększał, przybywało nowych autobusów, to i personel także rósł, szczególnie kierowców, doszły konduktorki do tramwajów i autobusów.
W przedsionku  nad głównymi drzwiami wisiał obraz Matki Boskiej Częstochowskiej formatu A-4, pod nią lampka elektryczna stale świecąca. Podobno w latach trzydziestych, tramwajarze byli na pielgrzymce
w Częstochowie i obraz przywieźli. Przetrwał całą okupację, ale teraz przeszkadzał. Bardzo głośno interweniowali starzy pracownicy, próbowali nawet pilnować obrazu, odgrażając się gdyby ktoś chciał go usunąć.
Pewnego dnia zrobił się szum, bo obraz zniknął. Odgrażano się dozorcom, ale nie było takiego któryby się przyznał.
Tego dnia zaraz po przyjściu do pracy  zastałam pana Dyrektora w moim pokoju za biurkiem. Czekał na mnie i  powiedział: „Masz w dolnej szufladzie paczkę, nie rozpakowuj jej aż w domu”.
W domu, po rozpakowaniu okazało się, że to obraz Matki Boskiej, oniemiałam, nawet nie mogłam podziękować panu Dyrektorowi.
 I tak obraz wisiał u mnie w domu, w moim pokoju. Najpierw nie miałam mu go komu oddać, bo komuna trwała, potem centralę  zburzono.
W  2009 roku, nawiązałam kontakt z Katolickim Telefonem Zaufania, przyszła do mnie w odwiedziny pani, której przekazałam obraz wraz
z opisem. Zawiadomiła mnie później, że wisi w pomieszczeniu gdzieś na terenie Kurii diecezji bielsko-żywieckiej.
W 1948 roku Bielska Kolej Elektryczna przeszła z gestii PKP pod zarząd miasta tzn. Prezydium Miejskiej Rady Narodowej w Bielsku. Skończyły się zniżkowe bilety kolejowe, deputaty węgla, odzieży itp. przysługujące kolejarzom, a pracownikom umysłowym dołożono  dodatkową godzinę pracy. Pracowaliśmy od 7:00 do 15:00, w takim wymiarze jak pracownicy fizyczni.
W 1949 roku zakończył też pracę Dyrektor Szklanny, a od stycznia 1950 roku objął to stanowisko nowy dyrektor. Osoba z klucza partyjnego,  bez specjalnego przygotowania fachowego. Już były rządy nie takie, nie taka atmosfera, pracownicy często się naśmiewali za niefachowe decyzje.
W kwietniu tego roku wyszłam za mąż, pracownicy nie na służbie tłumnie zjawili się w Białej w kościele i zrobili mi szpaler w mundurach. Do dziś przechowuję piękne pisemne życzenia ślubne z podpisami wszystkich, także tych,  których wymieniłam w tym wspomnieniu.


Życzenia ślubne dla autorki od pracowników BKE.


Po urodzeniu syna i wykorzystaniu urlopu macierzyńskiego „Panna Basia”
w czerwcu 1952 roku zakończyła pracę w BKE, już wówczas przemianowanym na MPK.
To nie znaczy jednak, że zerwałam całkiem kontakty z zakładem.
W kwietniu 1951 roku mistrz lakierni, pan Wolf przeszedł na emeryturę,
a ponieważ mój mąż, który także był lakiernikiem był  bez pracy, zatrudniono go na miejsce pana Wolfa. Byłam zatem na bieżąco w wiadomościach
z zakładu, brałam w udział we wszystkich imprezach organizowanych dla pracowników w ramach akcji socjalnej. Mąż Zygmunt przepracował w MPK 26 lat aż do przejścia  na emeryturę.

==============
Powyższy tekst był zgłoszony na konkurs organizowany przez Urząd Miasta w 2013r. Praca zdobyła drugie miejsce.